środa, 6 listopada 2013

everyone is born with gardian angel...

                  Porozmawiajmy chwilę o rozwoju człowieka... Temat ten, w różnych kontekstach, często kotłuje mi się w głowie przy okazji wielu publicznych debat. Ostatnio długo myślałam o specjalizowaniu się ludzi, które rozpoczyna się już na poziomie gimnazjum. Tak naprawdę jedyny moment edukacji w całkowicie ogólnej formie przypada na szkołę podstawową. Moim zdaniem to za mało... Ogólna edukacja ze wszystkich przedmiotów powinna trwać do końca szkoły średniej, a specjalizacja w ramach konkretnej dziedziny, powinna być jedynie dodatkiem. Nic dziwnego, że potem dla tzw. humanistów "różniczka" oznacza "wyniczek odejmowanka", a umysły tzw. ścisłe nie potrafią wykrzesać z siebie odpowiedzi na pytanie "w którym roku Polska odzyskała niepodległość?". Celowo mówię tzw. humaniści i tzw. ścisłowcy, bo według mnie fakt, że ktoś nie potrafi wyliczyć ile jest 2+2, a wykuje bez problemu całą historię, nie czyni z niego humanisty, a umysł ścisły nie może tłumaczyć niechęci do interpretacji wierszy zamiłowaniem do matematyki.
               Tak sobie myślę, że w sytuacji kiedy system zmierza do szufladkowania ludzi, którzy powoli stają się społeczeństwem korporacyjnym, w którym każdy jest wyspecjalizowany w wąskiej dziedzinie, to na rodzicach ciąży odpowiedzialność za nauczenie dzieci ciekawości świata oraz wykształcenie w nich potrzeby poszerzania wiedzy o informacje, które nie są niezbędne do życia i pracy :) Wiele razy słyszałam zdanie "do niczego mi się to nie przyda". Pytanie, czy musi? Można przecież czerpać satysfakcję z tego, że wie się wszystko na temat małp żyjących na Madagaskarze, albo że zna się wszystkie rodzaje okrętów, które brały udział w II Wojnie Światowej ;) Nie ma dla mnie takiej wiedzy, albo takich informacji, które są zbyteczne, ponieważ zawsze stanowić mogą grunt do dyskusji z drugim człowiekiem.... Zagalopowałam się trochę z myślami, a post miał być "tylko" zbiorem zdjęć znanych i nieznanych inspirujących mam. Fotografia niestety niewiele odda ponad to, że ktoś dobrze się prezentuje, a inspirująca mama to nie tylko ta dobrze wyglądająca, ale taka która będzie iść pod prąd, mieć pasje i walczyć z bolączkami systemu, o których pisałam wyżej :)







foto: pinterest.com

7 komentarzy:

  1. Tak, zdjęcia świetne! A Twoja wypowiedź i przemyślenia na temat wychowania i edukacji dzieci po prostu genialne. Minister ( czy ministra :)) edukacji i pedagodzy powinni prezentować takie same opinie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Edukacja... temat rzeka. Pewnie ile ludzi tyle poglądów. A do tego te poglądy jeszcze się zmieniają z biegiem lat gdy mamy za sobą kolejne szkoły czy uczelnie. Czy wszelka wiedza nabyta podczas lekcji i zajęć jest rzeczywiście potrzebna każdemu? Oczywiście, że nie. System, głównie ten nauczania w szkołach podstawowych, gimnazjach i szkołach średnich jest stworzony dla ogółu. W tych szkołach niestety uczeń karmiony jest ogromną ilością informacji i rzeczywiście nie raz zapyta samego siebie "na co mi to? kiedy mi się to przyda?".
    Uczymy się o historii Mezopotamii, równaniach kwadratowych, budowie tasiemca, surowcach naturalnych Mozambiku czy fizyce atomowej. I co potem?
    Człowieka, jednostkę, nie może interesować wszystko, takie osobliwości zdarzają się bardzo rzadko i nazywane są geniuszami. A mimo to większość ludzi w młodym wieku jest karmiona wiedzą na temat wszystkiego bez względu na to kto ma jakie i do czego predyspozycje.
    To nie ważne, że potem ten "ścisły umysł" Kowalski wybierze sobie studia informatyczne i cała nauka matematyki poruszana w szkole średniej rusza od początku, od podstaw na tych studiach. Ten biedny Kowalski musiał od najmłodszych lat uczyć się wierszy, próbować je interpretować a nawet pisać długie wypracowania na temat tego, który bohater był bardziej tragiczną postacią Kordian czy Konrad Walenrod, a potem słuchać przy całej klasie jakie to słabe, krótkie i ledwie na -3.
    I naprawdę nikogo nie obchodzi wtedy fakt, że Kowalski tego nie lubi, nie potrafi, nie rozumie i się z tym zwyczajnie męczy. On ma być karmiony tą wiedzą bo liczba uczniów, punktów, ocen, pozycji, tabelek, arkuszy, itp. itd. ma się zgadzać by system szkolnictwa został uznany za cudowny. To co jest w programie edukacji jest święte i słynna demokracja tu nie istnieje. Powiecie, że nieletni nie mogą decydować jeszcze o swoim życiu w tym momencie. Ok, ale rodzic może i powinien mieć takie prawo. I co? To również nikogo nie obchodzi moi drodzy, rodzice też nie mają wpływu na to, jaką wiedzą jest karmione jego dziecko. Muszą z pokorą przyjąć ten system.
    Studia to już większe pole do popisu i tu człowiek rzeczywiście więcej wie i więcej może. Nie jest doskonale ale jest lepiej i zdecydowanie bardziej przyszłościowo. Tylko, że Kowalski stojąc przed wyborem kierunku studiów często nie wie co chce robić dalej w życiu bo nie był kierowany na właściwy tor edukacji do której ma predyspozycje. On był karmiony cząstkową wiedzą w każdej dziedzinie bez względu na to czy tego chciał czy nie. Kowalski teraz nie jest pewien czy rzeczywiście sprawdzi się w informatyce ale za to ma satysfakcję z tego, że wie kto był pierwszym władcą Mezopotamii. Wiedza świetnie się przyda gdy pojawi się w teleturnieju "1 z 10". Kowalski tracił czas rok za rokiem na naukę w dziedzinach, które naprawdę mu się nie przydadzą. I w efekcie tego, na pierwszym roku studiów mamy rzeszę przeciętnych osób w każdej dziedzinie, zamiast specjalistów w jednej. Z czego tu się cieszyć?
    Można by prawić o tym znacznie więcej, ale miejsca może zabraknąć, więc lepiej zamilknę.

    PS. Dlaczego Sanda Bullock zawsze wygląda tak samo? Czy to jakiś eksperyment naukowy by dać człowiekowi wieczne życie? Czy Ibisz i Bullock znają się prywatnie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko jest kwestią światopoglądu. Zgadzam się z Tobą tylko w jednej kwestii :) Mianowicie takiej, że błędem jest zabranie rodzicom jakiejkolwiek możliwości decydowania o tym, czego uczą się ich dzieci. Oczywiście danie im takiego pełnego prawa wiązałoby się z wywróceniem systemu do góry nogami, a i tak nie ma gwarancji, że proponowany przez Ciebie model sprawdziłby się w więcej niż 20% przypadków. Kiedyś zdarzyło mi się słuchać wywodu pewnej dziewczyny, która chwaliła swoich rodziców za "postępowość" polegającą na tym, że „przeznaczyli” najmłodsze ze swojego potomstwa do pracy w ich gospodarstwie. Oczywiście to było gospodarstwo, która sama chętnie przyjęłabym w spadku :) Duże, dochodowe i nowoczesne. Nie mniej jednak włos jeżył mi się na głowie z każdym kolejnym jej zdaniem, bo pomyślałam sobie, co jeśli okaże się, że właśnie ten najmłodszy z nich będzie najzdolniejszy?:( Co jeśli będzie chciał zostać prawnikiem, chirurgiem, politykiem... Jaką masz gwarancję, że rodzice dobrze pokierują swoje dziecko? Jaką masz gwarancję, że wybiorą dla niego drogę, która go uszczęśliwi? Bo widzisz... danie rodzicom prawa wybierania kierunku edukacji swoich dzieci już od najmłodszych lat to nic nowego. Takie coś już było i funkcjonowało ładnych kilkaset lat. Mam duże wątpliwości, czy chcielibyśmy się cofać do tamtych okresów. Gdyby o mojej edukacji decydowali rodzice, to byłabym zmuszona zostać lekarzem. I wcale nie byłaby to decyzja ambicjonalna, bo bardzo lubiłam przedmioty ścisłe i doskonale sobie z nimi radziłam przez całą szkołę średnią, więc teoretycznie mogli stwierdzić, że predyspozycje są. Z historii i polskiego już tak łatwo nie było, bo do tego trzeba było przysiąść, przeczytać i zapamiętać, a nie tylko zrozumieć. Ale właśnie czytając „Boże igrzysko” zdarzyło mi się zapłakać, a nigdy nie przytrafiło mi się to nad dobrze rozwiązanym zadaniem z matematyki lub chemii ;) dlatego też zdecydowałam się jednak na studia o bardziej humanistycznym profilu i jestem bardzo zadowolona z tego, że podjęłam taką decyzję i że była ona całkowicie moja. Jednak gdyby moi rodzice, mieli prawo już w podstawówce określić, czego mam się uczyć, a czego nie, to być może nawet nigdy nie miałabym szansy odkryć w sobie zainteresowania takimi a nie innymi dziedzinami nauki, bo nie miałabym przecież z nimi żadnej styczności.
      Kolejny problem, to na jakiej podstawie określić brak predyspozycji? Obserwacje, testy wiedzy.... ok. Pewnie daje to jakiś obraz. Jednak pamiętam dobrze, że jak byłam mała to jak każde dziecko wolałam się bawić, a nie uczyć. Moja mama tysiące razy słyszała zdanie „nie umiem”, „nie rozumiem”, „nie potrafię” i zawsze odpowiadała „spróbuj”. Czasami nawet zmuszała mnie do tej próby mniej lub bardziej przyjemnymi metodami ;) I dzisiaj mogę tylko całować ją po rękach za to, że mi nie odpuszczała i że wymagała ode mnie dużo. Nie wiem, co byłoby gdyby mi wtedy uwierzyła. Najpewniej nie umiałabym i nie wiedziałabym większości rzeczy, które wiem i umiem teraz. Często niestety tzw. brak predyspozycji będzie niczym innym, jak tylko przykrywką do zwykłego lenistwa. Tak jak pisałam - nie ma dla mnie takiej wiedzy, która jest zbyteczna. Głęboko wierzę w konieczność ogólnego i wszechstronnego rozwoju człowieka. Żeby stwierdzić brak predyspozycji w danym kierunku, trzeba podjąć próbę zmierzenia się z nim, a nie pasować, przy pierwszym napotkanym problemie.

      Usuń
    2. I na koniec... „na co mi to”. Nie wybieram się do żadnego teleturnieju, ale irytuje mnie strasznie, jak coraz mniej ludzi rozumie chociażby zwykle żarty z ukrytymi aluzjami, podtekstami czy odniesieniami do różnych wydarzeń, ludzi i zjawisk, nie tylko z przeszłości, ale nawet tych z teraźniejszości. Przyjmując postawę „na co mi to” można przestać interesować się dosłownie wszystkim, ograniczając się jedynie do wąskiej dziedziny wiedzy, która „się przyda”. Jak dla mnie takie podejście powoli zabija nasze człowieczeństwo i robi z nas malutkie trybiki maszyny, które nauczone zostały perfekcyjnego odgrywania tylko jednej roli. Pewna pani profesor opowiadała mojej grupie na zajęciach, jak w czasach młodości często zdarzało jej się jeździć stopem i że niejednokrotnie była miłe zaskoczona, bo np. z kierowcą ciężarówki odbyła pasjonującą rozmowę na temat filmów Felliniego. Przecież żeby być świetnym kierowcą, świetnym lekarzem, świetnym informatykiem – nie trzeba interesować się klasyką kina. Prawda?:)
      Wiedza ogólna pomaga nam zrozumieć siebie samych i otaczający nas świat. Dzięki niej rozmawiamy ze sobą i kształtujemy swoje poglądy na temat rzeczywistości, w której żyjemy. Dzięki niej każdy jest inny i to ona pomaga nam odnajdować ludzi, którzy myślą podobnie do nas. Więc na pytanie „na co mi to?” odpowiedzieć jest tylko jedna i oczywiście rozumiem, że nie dla każdego będzie satysfakcjonująca - „dla siebie samego”.

      Usuń
  3. Anonimowy,naprawdę niezle sie Ciebie czyta....:)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...