wtorek, 19 sierpnia 2014

Okulary czy soczewki kontaktowe?

Problemy ze wzrokiem mam odkąd pamiętam. W podstawówce zaczęłam nosić okulary, ale zaraz po jej zakończeniu udało mi się namówić rodziców w inwestowanie w soczewki kontaktowe, które osobiście uważam, że jeden z najlepszych wynalazków ludzkości ;) Soczewki noszę więc już dobre ponad dziesięć lat, właściwie bez większych przerw. Pamiętam, że zrobiłam sobie okulary, gdy szłam na studia, ale nie lubiłam w nich chodzić. Mam "minusy" w związku z czym zawsze w okularach widoczny jest efekt pomniejszonych oczu, który według mnie wygląda okropnie. W miarę jak postępowała moja wada wzroku nie decydowałam się na mocniejsze okulary, a te które miałam z czasem służyły już tylko do tego, żebym się przypadkiem nie wywróciła chodząc po własnym domu ;) Ostatnio jednak moje oczy zaprotestowały i drastycznie odmawiały współpracy z soczewkami. Miałam wrażenie, że mam pod powiekami pustynię. I tak oto, natura zmusiła mnie do wybrania się po nowe okulary. Byłam zdruzgotana. Cały czas marudziłam B. jakie to okulary są straszne i jakie będę mieć malutkie oczka w nich itd... itd... W salonie jednak okazało się, że od czasu kiedy X lat temu kupowałam okulary bardzo wiele się zmieniło- na lepsze :)

Po pierwsze cena. Wydawało mi się, że koszt oprawek i szkieł pozbawi mnie jedzenia przynajmniej na miesiąc. Na miejscu okazało się jednak, że bardzo fajne oprawki można kupić za mniej niż 100 zł. Moje pierwotne założenie było takie, że będę nosić je w domu zaraz po pracy i w weekendy, więc chciałam maksymalnie zminimalizować koszty. Wybór oprawek poszedł mi o dziwo bardzo szybko. Zdecydowałam się na firmę ICON. 


Po badaniu wzroku, które również mogłam wykonać na miejscu, otrzymałam receptę na odpowiedniej mocy szkła. Kolejny raz zdziwiłam się, gdy zobaczyłam ich ceny, bo wydawało mi się, że skoro zaoszczędziłam na ramkach, to koszt całości podbiją właśnie szkła. Cena szkieł różni się od ich indeksu, który dla mnie - jako prostego człowieka - oznacza po prostu ich grubość. To tutaj właśnie "odkryłam amerykę" i do swoich oprawek wybrałam tzw. szkła "pocienione". Kosztowały trochę drożej niż te z indeksem, który zaleca się przy mojej wadzie, ale zależało mi bardzo na zniwelowaniu efektu pomniejszenia oczu. Wybrałam soczewki sferyczne, chociaż długo zastanawiałam się nad asferycznymi. Te drugie ponoć zupełnie eliminują efekt pomniejszonych oczu i zalecane są przy bardzo dużych wadach, lub przy dużych różnicach pomiędzy wadą na jednym i drugim oku. Ich koszt już jest sporo wyższy od sferycznych szkieł i nawet te "pocienione" wypadają przy nich dużo taniej. Droższa cena to jednak nie wszystko. Przez szkła asferyczne trochę inaczej się patrzy i potrzeba czasu na przyzwyczajenie się. Są niestety i tacy, którzy nie są w stanie przyzwyczaić się do nich w ogóle. Nie wiedziałam więc za bardzo, co zrobić. Jak zawsze w takich sytuacjach zdałam się na opinię ekspedientek - znają się przecież na tym lepiej niż ja - i ostatecznie zdecydowałam się na sferyczne szkła. Efekt hmm... po odjęciu od całkowitego kosztu oprawek i szkieł ceny badania okulistycznego (bo taką promocję ma sklep, w którym zamawiałam okulary twojesoczewki ) całość wyszła 186 zł. Coś pięknego! A byłoby jeszcze taniej, gdybym wzięła standardowe szkła. Nie mogłam się nadziwić, że w cenie jednej pary butów można kupić całkiem niezłe okulary korekcyjne. Oczywiście efekt pomniejszonych oczu jest, ale muszę przyznać, że jest on i tak mniej widoczny niż w okularach, które kupowałam przed laty i których szkła mają o połowę mniejszą moc od tych obecnych. Zadowolona jestem na tyle, że nawet kilka razy ubrałam je już do pracy ;) Z soczewek kontaktowych oczywiście nie mam zamiaru rezygnować, ale dla zdrowia moich oczu muszę częściej zakładać okulary. Przerzuciłam się jednak na soczewki jednodniowe. Miesięczny koszt nieco wyższy, ale widzę, że moje oczy dużo lepiej je znoszą. Post z okularami na nosie, obiecuję już wkrótce :)

piątek, 15 sierpnia 2014

Enjoy the little things... new in

Pamiętam, że jeszcze przed pójściem do liceum wpadła mi ręce desiderata. Dla mnie to było odkrycie "teorii wszystkiego". Potem jeszcze przez długie lata jej tekst wisiał na ścianie mojego pokoju, co sprawiło że dziś pamiętam go w całości. Tyle w nim prostej prawdy, której nie dostrzegamy na co dzień. Oczywiście małe rzeczy, o których piszę nie dotyczą absolutnie widocznych na zdjęciu koralików pandory, które za sprawą przyjaciółki i B. powiększyły moją kolekcję i posłużyły za obrazek do dzisiejszego posta :) Tą są drobiazgi, o których Coco Chanel powiedziałaby "second best things".


W moim życiu są trzy bardzo proste rzeczy/czynności, które staram się doceniać za każdym razem kiedy się dzieją i celebrować chwilę, w której trwają. Pierwsza to patrzenie w niebo... Jak mieszkałam jeszcze w domu rodzinnym, to często zdarzało mi się spać na tarasie tylko po to, żeby móc napawać się rozciągającym się nade mną widokiem. "A cóż piękniejszego nad niebo, które przecież ogarnia wszystko co piękne?" zapytał kiedyś Mikołaj Kopernik. Ja odpowiadam od razu, że nic :) A na dodatek przedstawienie trwa nieprzerwanie, wstęp jest wolny a miejsc w pierwszych rzędach nigdy nie brakuje!
 Drugie miejsce zajmuje woda i wszystko, co się z nią wiąże: picie, pływanie, kąpanie się... Uwielbiam tę chwilę, kiedy gaszę pragnienie szklanką zimnej wody, kiedy ciężki dzień ukoronować można wieczorną gorącą kąpielą, albo w upał zanurkować w ciepłym morzu... Woda kojarzy mi się z samymi miłymi chwilami :)

To, co z przypadku wypadło w ostatniej kolejności, a jest przecież najważniejsze dotyczy przebywania z B. Nic mnie tak nie uspokaja, jak chwile kiedy mogę na chwilę utopić się w jego ramionach i wwąchiwać się w miejsce tuż nad obojczykiem - chwilo trwaj! W takich właśnie momentach człowiek uświadamia sobie, co jest w życiu ważne, czemu warto się poświęcać w pierwszej kolejności i że najważniejsze rzeczy w życiu, takie właśnie jak rodzina, przyjaciele, miłość czy dobre wspomnienia - są za darmo.


foto: pinterest.com

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Little DIY...


 "Nowe życie" nauczyłam się dawać tylko starym meblom i akcesoriom domowym, bo jeżeli chodzi o ciuchy to jestem zdecydowane beztalencie i wolę polegać na zaprzyjaźnionych krawcowych. Generalnie przyszycie guzika uważam już za wielki sukces. Trochę żałuję braku uzdolnień w tym kierunku, bo babcia wśród swoich wielu zawodów również uprawiała krawiectwo, więc w teorii powinnam mieć to we krwi. We krwi natomiast mam bez wątpienia "psujstwo" i to chyba ono pozwoliło mi przerobić spodnie z dzisiejszego setu :) Zaplamiłam je zapachem samochodowym w olejku. Kojarzycie takie buteleczki dyndające na lusterkach? Chciałam trochę ją rozbujać, żeby zapach był bardziej intensywny i.... katastrofa gotowa. Przeleżały w worku przeznaczonym do wyrzucenia od zeszłego sezonu. Spodnie z dziurami, podobały mi się od dłuższego czasu, a że zrobienie dziur to przecież żaden krawiecki wyczyn, tylko jak powiedziałam "psujstwo", to pomyślałam, że może uda mi się dzięki temu jeszcze je wykorzystać. Et voilà!!















bag - milano marittima / pants - DIY / shoes - zara / top - mohito / bracelet - pandora/ sunnies - chloé/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...