czwartek, 14 września 2017

DIY... szpilka czy słupek?

Witajcie!

Trochę po sezonie na takie zmiany, ale zamiana szafy z letniej na jesienną pozwoliła mi odkryć zapomnianą parę sandałków, które nabyłam dwa sezony temu na wyprzedażach. Przód zachwycił mnie od pierwszej chwili. Satynowe wykończenie... niebanalna ozdoba... wyglądały naprawdę zachwycająco. I wtedy zobaczyłam obcas - prawie na głos zapytałam sama siebie "dlaczego, ach dlaczego? Jak można było tak zepsuć takie piękne buty?" Oczywiście o gustach się nie dyskutuje i pewnie niektóre z Was powiedzą, że to właśnie ja je zepsułam. Cóż... sami zobaczcie. 


Tak, jak powyżej, buty prezentowały się przed metamorfozą. Rzecz jasna nie zrobiłam tego sama, więc tytuł posta bardziej nawiązuje do tego, w jaki sposób można według własnych inwencji przerobić dowolnie kupioną rzecz, tak aby finalnie mieć produkt, o jakim się marzyło. 
Z tapicerowaniem mebli jakoś by mi pewnie poszło, ale tutaj potrzeba było ręki fachowca. Szewca. I to nie byle jakiego. Nie takiego tylko od wymiany fleków. Takiego, który nie mówi "nie". 
Szczęśliwie we Wrocławiu w Hali Tęcza, jest taki Pan, który podejmuje się zadań z gatunku "mission impossible", więc gdybyście potrzebowały niestandardowych usług szewskich to gorąco polecam. 


Zadanie nie było łatwe, bo oprócz wymiany obcasa ze słupka na szpilkę, należało ściągnąć skórę ze starego obcasa i nawlec ją na nowy. Nawet jeżeli nie podoba Wam się ta zmiana, to i tak musicie przyznać, że Pan poradził sobie z tym wyśmienicie. 



Tak, jak powiedziałam na początku... część z Was pewnie się skrzywi, ale ja naprawdę nie przepadam za szerokimi słupkami. A do tego modelu ewidentnie pasowała mi tylko szpilka. W takich tematach lubię też czasami poradzić się B. Pamiętajcie, że Panowie w większości na modzie się może i nie znają, ale mają w sobie coś z uniwersalnego gustu, dlatego jak mam jakieś wątpliwości, to lubię od czasu do czasu skorzystać z takiej "porady". I jak Wam się podoba efekt?


Pozdrawiam i do następnego!
A.

środa, 2 sierpnia 2017

WONDERWALL Studio - niesamowite tapety!

Witajcie!

Firma, która ma "Wonder" w nazwie, nie mogła pozostać przeze mnie niezauważona. Tym bardziej, gdy jest to firma zajmująca się designem, a do tego jej produkty daleeeeko odbiegają od tych, na które "skazani" jesteśmy w zwyczajnych sklepach z materiałami do wykańczania wnętrz. 

Na stronę WonderWall Studio trafiłam przypadkiem (niech żyją reklamy kontekstowe w mediach społecznościowych!) i długo nie mogłam przeboleć, że jestem już po remoncie, bo ich propozycja dosłownie zwaliła mnie z nóg. Żeby była jasność - to nie jest post sponsorowany (!) - po prostu dobre produkty bronią się same i wcale nie trzeba nikogo namawiać, do ich reklamowania. Sami przyznajcie, że tapety z kolekcji tej krakowskiej firmy, wyglądają obłędnie. Poniżej wzory, które urzekły mnie najbardziej:







Chciałam z Wami poruszyć jeszcze jedną kwestię. Niebanalne i wyraziste wzornictwo jest teraz bardzo na topie, jednak - jak to z każdą modą bywa - przemija. Stawianie na tak mocne akcenty zawsze jest więc trochę ryzykowne. Jeszcze nie tak dawno w modzie były intensywne (wesołe) kolory.  Wprowadzając się do mojego mieszkania musieliśmy szybko rozprawić się ze ścianami, które były czerwone, pomarańczowe i żółte. Wzdrygam się na samą myśl o tym, jak to wyglądało wcześniej, ale pewnie w chwili, gdy były malowane, poprzedni właściciele byli zadowoleni i wybrali je zgodnie z trendami. 

Gdy wybieram coś do domu, zawsze myślę wtedy, co podoba mi się w mieszkaniach sprzed lat, które elementy, kolory i kształty są ponadczasowe. Nie ma niestety żadnej konkretnej odpowiedzi i każdy musi kierować się przede wszystkim swoim gustem. Polecam jednak stawiać na neutralne i stonowane kolory - jeśli chodzi o elementy, które w pomieszczeniach wymienia się relatywnie rzadko. Natomiast akcenty kolorystyczne lepiej jest stosować w odniesieniu do przedmiotów, które potencjalnie szybko i łatwo możecie wymienić. 






Wracając do oferty WonderWall Studio.... Zastanawiam się, czy można powiedzieć coś o minusach. Nie mam żadnej tapety w domu tej firmy, dlatego nie mogę wypowiadać się na temat jej użytkowania. Z ważniejszych kwestii firma na stronie zapewnia o ich nietoksyczności, odporności na promieniowanie UV oraz odporności na mycie i czyszczenie. Cena za rolkę waha się pomiędzy 400 - 450 zł. Więc z pewnością do tanich nie należy, jednak gdy chcemy, aby nasze wnętrze wyglądało wyjątkowo, to myślę, że warto wydać trochę więcej. Ostatecznie tapety nie wymienia się co roku, więc trzeba patrzeć na to, jak na inwestycję długoterminową. Przestrzegam Was tylko - jeżeli już zdecydujecie się na tapetę z tzw. górnej półki, to pomyślcie o tym, żeby kleił ją dla Was ktoś, kto się na tym zna. Przysłowiowi fachowcy w stylu "maż ze szwagrem", albo "Pan Zenek złota rączka" może i nadają się do mniejszych lub większych prac remontowych, jednak nie ryzykowałabym oddania w ich ręce mini dzieła sztuki, które wymaga ogromnej precyzji i profesjonalizmu.

Gorąco zachęcam Was do zapoznania się z pełną ofertą WonderWall Studio. Znajdziecie tam dużo prawdziwych perełek wśród tapet.

Pozdrawiam i do następnego!
A.

Foto żródło: wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony http://wonderwall-studio.pl/ 

niedziela, 25 czerwca 2017

Polska jest piękna - Kocierz SPA & Żywiec



Tym z Was, którzy w ramach wakacji, z tych czy innych względów, mogą sobie pozwolić tylko na krótkie wyjazdy po kraju, chciałam polecić świetne miejsce na taki właśnie wypad. Jest to położony obok Żywca ośrodek Kocierz Hotel & SPA. Bardzo urokliwe miejsce, a do tego pełne różnego rodzaju atrakcji, które sprawiają, że odnajdą się tutaj zarówno pary, grupy przyjaciół, czy też rodziny z dziećmi. Co prawda szczyt sezonu dotyczy tutaj raczej okresu zimowego, jednak ja zaliczam się do osób, które zdecydowanie wolą góry o cieplejszych porach roku. 



Hotel to kompleks kilku budynków o tradycyjnym i charakterystycznym dla tego regionu wyglądzie. Środek natomiast jest urządzony bardzo nowocześnie, a elementy folklorystyczne stanowią jedynie akcenty. Komfortowe pokoje z pięknymi łazienkami i widokami, powinny zadowolić nawet najbardziej wymagających odwiedzających. Obsługa miła, pomocna i dyskretna. Po samym parkingu było widać, że w Hotelu jest mnóstwo gości, jednak w ogóle nie odczuwaliśmy tego będąc w środku. 





W obiekcie znajduje się karczma, która serwuje posiłki zarówno w ramach wyżywienia dla hotelowych gości, jak i dla przejezdnych. Jest to ta część obiektu, która urządzona jest w tradycyjny sposób. Do tego obsługa nosi regionalne stroje, a do kolacji przygrywa góralska orkiestra. Całość tworzy niepowtarzalny klimat. Karczma dysponuje także dużym tarasem, z które rozpościera się przepiękny widok na położoną w dole okolicę. Hotel Kocierz & SPA to także bardzo atrakcyjne miejsce do organizacji przyjęć weselnych, które odbywają się w kilku eleganckich salach, usytuowanych tak, że każde przyjęcie jest całkowicie niezależne. 







Otoczenie Hotelu jest bardzo różnorodnie zagospodarowane, czego niestety nie oddają zrobione przeze mnie zdjęcia. Są boiska do gry w kosza, kort do tenisa, park linowy, wypożyczalnia sprzętu sportowego, zewnętrzny aquapark i oczywiście stoki narciarskie. W naszej szerokości geograficznej, gdzie okres letni nie zawsze rozpieszcza wysokimi temperaturami jest to bardzo istotne. Nawet jeśli pogoda nie będzie dopisywać, to może ciekawie i aktywnie spędzić tutaj czas.







Oprócz zewnętrznego aquaparku z plażą i zjeżdżalniami, w budynku głównym mieści się także wewnętrzna strefa SPA z basenem, masażami wodnymi i dwiema rodzajami saun (suchą i tzw. biosauną). Grupa specjalistów wykonuje też tutaj różnego rodzaju zabiegi na twarz i ciało. Nie wiem jak to stało, ale prawie za każdym razem, gdy odwiedzaliśmy SPA, byliśmy tam praktycznie sami, co bardzo mnie zaskoczyło, bo jak na taką ilość pokoi, to spodziewaliśmy się większego zainteresowania basenem. Widocznie wszyscy w tym czasie chodzili po górach, bo ostatecznie przecież przede wszystkim po to się tam przyjeżdża.







Jak już lekko znudzi Wam się w Hotelu i jego okolicy, zawsze można wyskoczyć pospacerować po Żywcu. Malutki, ale urokliwy ryneczek z charakterystycznym ratuszem, park zamkowy oraz tzw. Stary i Nowy Zamek, to obiekty, które koniecznie trzeba zobaczyć, a które zapewnią nam ciekawą wycieczkę na kilka godzin. Dłuuuugo spacerowaliśmy po parku ciesząc się piękną pogodą. 
Zainteresowani mogą też odwiedzić należący do holenderskiego koncernu Heineken - browar w Żywcu. 












Oczywiście wycieczka powinna zakończyć się dobrym posiłkiem. Tutaj zaufaliśmy opiniom użytkowników serwisu TripAdvisor, którzy jako jedno z najlepszych miejsc w Żywcu na posiłek ocenili mieszczące się w Rynku "Bistro 19". Wybór okazał się strzałem w 10-tkę (albo w 19-stkę). Wszystko było smaczne, świeże i aromatyczne, a obsługa przemiła. Niektórzy być może sądzą, że powinno być to standardem, ale zawsze wtedy z B. wspominamy wizytę w Międzyzdrojach w jednej z pozoru "lepszych" restauracji, gdzie nie byliśmy w stanie dokończyć swoich posiłków, gdzie o obsłudze już nie wspomnę. Dlatego zawsze bardzo nas cieszy, jak w o wiele mniej popularnych turystycznych kurortach można natrafić na miejsce, gdzie człowiek pod każdym względem czuje się dopieszczony, a właściciele i obsługa wkładają serce w swoją pracę. Oby tak zostało!





Wiadomo, że co dobre, to szybko się kończy. Mrugnęliśmy kilka razy powiekami, weekend minął i trzeba było wracać do domu. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się tutaj wrócić. W każdym razie dla mnie jest to kolejne miejsce na mapie naszego kraju, które z pewnością warto odwiedzić, do czego Was zachęcam. 

Pozdrawiam i do następnego!
A.

niedziela, 30 kwietnia 2017

DIY... francuska komoda

Witajcie! 

Przed Wami moje kolejne dzieło, które stanowi odpowiedź na pytanie "jak z babcinej komody zrobić mebel z stylu francuskim?". Dosłownie "babcinej". Prosiłam babcie dobrych parę lat, żeby mi podarowała to cudo, które stało bezczynnie na strychu. A przy okazji różnych świąt, kiedy pytała mnie co chcę dostać - odpowiadałam, że komodę. Babcia zaś kwitowała, że nie, ponieważ to świetny mebel, w którym mogłaby "wszystko" trzymać (ale nie trzymała!), a poza tym "zniszczę" czyt. "zaciapię na biało". Ano nie myliła się, że taki właśnie miałam plan, więc komody broniła jak niepodległości. W końcu jednak się zlitowała nad moim pragnieniami i pewnego dnia zjawiła się w progu razem z komodą. Hip hip - hura. 

Oczywiście musiałam ją "zaciapać na biało", więc niezwłocznie przystąpiłam do metamorfozy. 
Przed malowaniem drewno trzeba lekko zmatowić papierem ściernym. Tym razem chciałam zamiast farby wykorzystać pastę wybielającą, ale efekt był bardzo średni (ciężko nanieść pastę w taki sposób, żeby warstwa białego koloru nie wyglądała niechlujnie - może to dla kogoś o większej wprawie), więc finalnie skorzystałam ze sprawdzonej już przeze mnie wielokrotnie farby uniwersalnej do drewna i metalu. 



Malowanie nie było jednak gwoździem programu. Od początku wiedziałam, że bardzo bym chciała uzupełnić czymś płaskie środki frontów szuflad i boku komody. Nie bardzo jednak miałam pomysł na to, co by to miało być. 

Najpierw zastanawiałam się nad lustrami... Już wizualizowałam sobie w głowie jak świetnie by to wyglądało... tylko pojawiło się kilka problemów. Pierwszy - lustra na zamówienie, do tego jeszcze takiej wielkości i ilości do najtańszych się niestety nie zaliczają. Drugi problem - w lustrach musiałyby być zrobione dziurki na mocowanie uchwytów, co mogło grozić ich pęknięciem w trakcie użytkowania i dodatkowo  jeszcze podbijało cenę. Z bólem serca musiałam więc zrezygnować z tego pomysłu. 

Kolejnym pomysł, to geometryczne wzory. Najlepszym byłaby koniczyna arabska, tylko nie bardzo wiedziałam, czy ją ręcznie namalować (np. srebrną farbą), czy też poszukać tego rodzaju naklejek na meble. Naklejki byłyby bezpieczniejsze, bo jednak przy operowaniu pędzelkiem mogą się przydarzyć jakieś wpadki. Takich naklejek, jakie sobie wyobrażałam niestety nie znalazłam, a wymalowana na biało komoda stała i czekała prawie dwa miesiące na moje natchnienie. 

W końcu wymyśliłam - tapeta. Ten pomysł też nie przyszedł mi łatwo, ponieważ od jego pojawienia się minął kolejny miesiąc zanim zdecydowałam się na wybór konkretnego wzoru. Niestety muszę powiedzieć, że nie jestem z niego jakoś super zadowolona, ale w tym przedziale cenowym, ciężko było wybrać coś szałowego. Ceny szałowych tapet zaczynają się od 300 zł za rolkę, a tyle to nie uśmiechało mi się wydawać, zwłaszcza że do mojej "wyklejanki" potrzebowałam niewielką ilość. Ostatecznie kupiłam w Castoramie zwykłą tapetę o w miarę przyjemnym wzorze i jeszcze przyjemniejszej cenie ok. 55 zł za rolkę. Doszłam do wniosku, że jak mi się znudzi, to ją sobie zwyczajnie i bez żalu wymienię. 





Klejenie tapety było dziecinnie proste. Zajęło mi to jeden wieczór. Największą trudnością było właściwe wymierzenie fragmentów tapety. Wymagało to trochę cierpliwości i precyzji. Do samego klejenia wykorzystałam klej do bordów firmy Diall. Sprawdził się idealnie, a do tego był w dobrej cenie i ilości, która akurat była mi potrzebna. Przy oklejaniu tak małych przedmiotów radzę nie nanosić kleju na tapetę, tylko bezpośrednio na powierzchnię i dopiero do niej przyklejać suchą tapetę. Łatwiej się wtedy operować kawałkami tapety.





Nie zdecydowałam się też na wymianę gałek na inne. Te co były potraktowałam srebrnym sprayem i gotowe. 







Efekt końcowy w miarę mnie zadowala. 
Chyba mnie trochę pokonały te kwiatki, bo za dużo się przez nie dzieje. Ale najważniejsze, że już nie denerwuje mnie nieskończona robota, a tapetę ostatecznie zawsze mogę wymienić, gdy już natrafię na tą "jedyną". 
Mam nadzieję, że Wam się podoba. 


Pozdrawiam i do następnego!
A. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...